Podążając muzycznymi ścieżkami

Czy istnieje na świecie osoba niewrażliwa na muzykę? Na jakikolwiek zlepek dźwięków, który przecież można traktować mianem melodyjnej nuty, oddziałującej na… psychikę, samopoczucie? Obserwując ludzkość zdaje mi się, że nie ma jednostki, która nie lubiłaby czasem oddać się przyjemności płynącej ze słuchania muzyki. O gustach się nie dyskutuje, tak więc nie będę oceniać, że jedno to arcydzieło, a drugie zwykły chłam. Za to sięgnę pamięcią wstecz i postaram się przybliżyć ścieżki muzyczne jakimi zdarzyło mi się podążać.

Uniwersalnie komunikuję – lubię dobrą muzykę. Jaką? Bez względu na gatunek taką, przy której dźwiękach dobrze się czuję. Tylko tyle i aż w temacie. Banalne, co nie? Upodobania się zmieniają i niekoniecznie wracam do tego, co kiedyś lubiłem. A lubiłem i lubię odkrywać więc wciąż jestem myśli, że przede mną jeszcze dziesiątki artystów i setki kawałków, z którymi trudno będzie się rozstać. A co z tymi, którzy kiedyś byli i swoją twórczością towarzyszyli mi w różnych momentach życia? Miło było, ale część z nich musiała ustąpić innym. I chociaż każdy pieśniarz czy pieśniarka i większość songów kojarzy mi się z pewnym okresem, a nawet konkretnymi wydarzeniami w moim życiu, to gdzieś sentyment młodzieńczych lat gaśnie.

meta

Na początku, będąc w wieku Igorodnego, chłonąłem wszelkiej maści twórczość dla dzieci, czyli fasolkopodobne twory. Później do uszu przebijały się dorosłe hity. Pamiętam teledysk do kawałka „I’ll be your baby tonight” Roberta Palmera z UB40. W oczach i uszach 5-latka to był hicior! Samo wideo energetyczne i widowiskowe, przynajmniej tak je odbierałem w szaroburych czasach. Później Paula Abdul z kocurem w teledysku i jakiś przebój Cher. Chociaż większość była wówczas pod wrażeniem coraz bardziej wybielonego Majkela Dż., to jego muzyka jakoś do mnie nie docierała. Za to obrazki z teledysków emitowanych w „hitach z satelity” już przykuwały uwagę. Aa, i była jeszcze przebojowa Lambada, Kaomy, do której tańczył cały świat. Powiew egzotyki, któremu 6-latek nie potrafił się oprzeć :)

Kilka lat później, za sprawą kumpli, zaczęły docierać do mnie pierwsze rapowane utwory. Przedstawiciele gatunku z jakiegoś bliżej mi nieznanego powodu zagościli przez chwilę w moim odtwarzaczu chociaż nie wykazywałem żadnych cech charakteryzujących ziomali. Miałem 13 lat i poznawałem Liroya, Karrambę, a nawet szokujący wtedy NAS. A chwilę później zaliczyłem przeskok na wyższy poziom i zadurzyłem się w K44. To był jednak początek końca, a „hiphopy” zaczęły ustępować gitarowym brzmieniom, chociaż w łagodniejszym wydaniu. Aerosmith i „Big Ones” to było to, choć nie świeżynka. Grupa wydawała mi się takimi dinozaurami sceny, ale z perspektywy dzieciaka… Co powiedzieć o nich teraz? :) Po drodze Nirvana – ależ pociskiem był dla mnie „Smells like teen spirits”. Chociaż moim faworytem był album z występu bez kabla dla MTV. Chrypa wydawana przez Cobaina w wielkim wówczas cierpieniu – dla mnie coś wielkiego. Dzięki Nirvanie zainteresowałem się później Pearl Jam („Black” rządzi!), Soundgarden, Alice in Chains. Dalej, dla złagodzenia obyczajów polska scena z Edytą Bartosiewicz i Kasią Kowalską na czele. Druga połowa lat 90. Pamiętam jak bardzo podobały mi się kawałki wykonawców jednego przeboju, Rotary, Firebirds… Ale też O.N.A. z młodziutką Chylińską. I bum na Myslovitz, chłopaków zza miedzy, których przecież tak często widywałem na żywo. Wstrząsająca „Peggy Brown” zapoczątkowała moją wielką sympatię do hanysów. No i Hey oczywiście! Dlaczego tak późno? „Jeśli wiesz co chcę powiedzieć”… Uwielbiam Nosowską i do dziś pamiętam jej uścisk dłoni w katowickim Empiku.

artrosis

Z perspektywy czasu byłem dzieciakiem/nastolatkiem niezbyt świadomym muzycznie. Teraz łatwiej dotrzeć do każdej muzyki. W moich młodszych czasach dziełem rządził przypadek. Jak to się stało, że Metallicę poznałem dopiero kiedy nagrała „Load”? „Unforgiven” towarzyszył mi w momencie, kiedy zakuwałem do egzaminów do technikum. Dla rozładowania stresu, słuchawki i mózg rozjebany, całą resztą z playlisty. Hetfielda i spółkę odkrywałem tak naprawdę z przerwami, przez wiele lat. I chociaż Metallica skończyła się na „Kill ’Em All” (;)) to ja uwielbiałem „komerchę” w stylu „Memory Remains”, „Until it Sleeps” czy „Turn the Page”. W międzyczasie moje zainteresowanie wzbudził Chris Cornell z pierwszym albumem Audioslave. A poza tym Skunk Anansie, Korn, Type O Negative, Paradise Lost, Slipknot i oczywiście System Of A Down z wibrującym „errrrr” w wokalu. I Marilyn Manson rzecz jasna! Od czasów „mechanicznych zwierząt”, lubię świra do tej pory. Jakby na to spojrzeć z boku, to kupy dupy się nie trzyma ten miks, ale ot, taka moja muzyczna funaberia ;) Kto tam się jeszcze przewijał w kaseciaku… Wciąż Myslovitz i Hey, ale też wielkie odkrycie wszystkich fanów polskiego rocka, czyli Coma. I to już ponad 10 lat od debiutu. Jak ten czas szybko… Przez chwilę romansowałem z nazwijmy to gotykiem w postaci Artrosis i Delight, aby później zauroczenie odżyło o wiele intensywniej. Mam słabość do Anji z Closterkellera i Magdy z Artrosis. A grupa tej ostatniej wciąż pozostaje moim faworytem na scenie tegoż gatunku. Dziewczyny również widziałem na żywo. I Roguckiego ze wspomnianej Comy też, na starcie kariery. W ogóle lubiłem łazić na wszelkie występy „za free”, typu Juwenalia, dni miasta, x-lecia grup. Chociaż skroń już przypruszona siwizną to wybrałbym się jeszcze na jakiś fajny koncert…

A wracając do twórców muzyki, którą lubię. Tak, wiem, niektóre z wcześniej wspomnianych tworów muzycznych to gotowe, komercyjne produkty dla zbuntowanych dzieciaków. A ja mimo wszystko kupuję te produkty i godzę się na serwowaną formę. Chociaż wiem, że szokujący pan Brian „MM” Warner nie pożera kotów, tylko po skończonym występie najchętniej wsunąłby bambosze i pobujał w fotelu, choćby nawet po relaksującym strzale. Wyrafinowanym, zaplanowanym od początku produktem jest dla mnie Slot, ruska grupa z pogranicza rocka i miksu wielu innych, której jednak komercyjnemu urokowi jakoś nie potrafię się oprzeć. Natomiast za punkt kulminacyjny podsumowania uważam postać eterycznej diwy, która fascynuje historiami opowiedzianymi śpiewem. Lana Del Rey. Zdecydowanie mój ulubiony produkt na muzycznej scenie w ciągu ostatnich dwóch lat. Czy ktoś zdetronizuje królową? :)

hey

Pewnie są nazwiska i grupy, o których nie wspomniałem, mimo wielkiej sympatii. Może jednak nie miały aż tak wielkiego znaczenia w moim życiu skoro trudno mi sobie je wszystkie przypomnieć? Nie chcę być niesprawiedliwy i może jeszcze kiedyś wspomnę tych, których teraz przemilczałem przez sklerozę. A może ktoś o podobnym guście muzycznym zajrzał do tego wpisu i odświeży wspomnienia? Zapraszam :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s