MetroPOL, cz. 3

(dzwonek) Urząd Stanu Nieduchownego

Z tyłu wagonu dobiegają przytłumione głosy: damski i męski.

– …Nie, nie wyobrażam sobie.

– Ok, twoja sprawa. Lepiej rzucić w cholerę całe przygotowania. Po co tyle zachodu? Człowiek wraca z roboty, pada na ryj…

– Wypominasz mi? – dziewczyna wzdycha. – Wiedziałeś, że nie będzie lekko… – dobrodusznie. – Kochanie, musisz się trochę poświęcić.

– Muszę to kiedyś zdechnąć. Prędzej zdechnę niż doczekam tego dnia.

– Marcin, no proszę cię… Wiesz dobrze, jaka jest sytuacja. Moich rodziców zwyczajnie nie stać na wyprawienie wesela.

– To po co się godziłaś? – z pretensjami. – Wsiurskie obyczaje, bo co ludzie powiedzą?

– Co powiedzą, co powiedzą… Myślisz, że łatwo żyć w takiej społeczności…

– Ale Anka, cokolwiek nie zrobisz to i tak cię objadą. Do końca życia będziesz żałować, że zgodziłaś się na spęd warcholstwa. No, powiedz sama, dla kogo to robimy? Dla twoich wujków, sąsiadów, dla księdza? Tyle kasy, tylko po to, żeby zobaczyć czyjeś mordy w rosole? Anula, proszę cię… Nie sprzeciwiałem się dla świętego spokoju, bo jakoś to będzie. Ile ja bym dał, żeby to odkręcić..

– Odkręcić co? Chcesz się ze wszystkiego wycofać? Ty się nie chcesz hajtać, tak? Nie zależy ci na mnie?- zaciska zęby. –  No powiedz!

– Wiesz co, gdyby to ode mnie zależało wcale nie musielibyśmy odgrywać całej tej szopki. Źle by ci było żyć jak do tej pory?

Milczenie.

–  Jeśli tak, to nie mamy o czym dyskutować.

– Aha, tobie marzy się życie po nowoczesnemu. Tylko wiedz, że w kociej łapie kryją się pazury.

– O czym ty mówisz?

– Byłoby ci na rękę nie wiązać się, bo w każdej chwili mógłbyś odejść ode mnie. Tak po prostu, bez konsekwencji…

– Bredzisz Anka! Ufasz mi w ogóle? Próbujesz mnie zrozumieć?

– A ty mnie? Choć przez chwilę postaw się na moim miejscu.

<<Tak, trochę empatii, wzajemnego uzmysłowienia nie zaszkodzi. Chociaż bywa, że jedno w poszukiwaniu zrozumienia dla drugiego zbytnio się od niego oddala.>>

– Próbuję i ciągle widzę przed oczami twoją matkę. Całe życie tylko wymaga i upiera się, nie dając nic w zamian. Może tak nie jest? Proszę, przejrzyj na oczy…

– Ale jak ja mam się od niej uwolnić? Nie zerwę ot tak kontaktu z własną matką. Wiesz ile by to kosztowało? Mnie, ciebie, nas…

– Jak chcesz… Pogadamy o tym jeszcze w domu.

Chłopak wstaje i udaje się do wyjścia. Dziewczyna podąża za nim wzrokiem. W drzwiach mija się z kobietą.

 – Aaa, witaj Marcinku! – radośnie wita się z chłopakiem.

– Dzień dobry. – wysiada nie oglądając się.

– Cześć kochanie! – całuje się z córką. – Widziałam Marcina, śpieszył się pewnie do pracy. Jaki on robotny. I bardzo dobrze. Zadba o was, kiedy zaczniecie żyć całkiem na własny rachunek.

– Mamo, teraz to musimy myśleć o weselu. Musimy… Nie wiem czy to dobrze inwestować w dwudniowe przedstawienie wszystkie nasze oszczędności…

– Jaki znowuż pokaz? To tradycja. Zwróci się… Poza tym my z ojcem pomożemy wam z przygotowaniami. Nic nie martw córuś, jakoś to będzie.

– Sama nie wiem jak będzie. Boję się. Marcin wszystkiego musi dorabiać się sam i widzę ile go to kosztuje. Nie chcę, żeby odbiło się to na nas. Już teraz widzę jak ma wszystkiego dość.

– My z ojcem byliśmy dokładnie w takiej samej sytuacji i jakoś daliśmy radę. Musieliśmy.

– Ale mamo, to były zupełnie inne czasy. Jakie my młodzi mamy perspektywy? Ryczeć mi się chce…

– Wiesz co? Może wysiądziemy na tej stacji. Tu blisko znajduje się salon. Mają takie piękne suknie ślubne. Pooglądamy tylko.

– Nie chcę…

– I tu w pobliżu jest taki lokal, podobno przystępne ceny. Musimy pomyśleć o kucharkach…

– Nie będzie wesela… – szeptem.

– Nie wygłupiaj się. Chodź, obejrzymy sukienki.

(dzwonek) Promenada Młodych

Wstają. Pociąg zatrzymuje się. Kobiety wychodzą.

– Anuś, Aneczko, dokąd ty? W tę stronę do salonu! Aniu!

Z okien wagonu widać jak dziewczyna przyspiesza kroku. Nie odwraca się na wołanie matki. Drzwi się zamykają. Kolejka odjeżdża pozostawiając na stacji zdezorientowaną kobietę.

– Proszę, proszę sobie usiąść. – Młoda dziewczyna ustępuje miejsca pani po sześćdziesiątce i sięga po torebkę zbierając się do wyjścia.

– Nie, dziękuję. – wyniośle. –  Postoję – staje tyłem do dziewczyny. – Smarkula… Boguś, czy ja wyglądam jakbym nie mogła ustać o własnych siłach? Tak źle już wyglądam?

– Przesadzasz złotko. Pani chciała być grzeczna. – przeciska się do miejsca gdzie siedzi dziewczyna. – To może ja skorzystam. – zdejmując kapelusz uśmiecha się szarmancko. Dziewczyna zdaje się być zaskoczona i onieśmielona.

– Tak, tak proszę, wysiadam za chwilę.

– Dziękuję uprzejmie. Bardzo pani miła.

Kobieta, nieco poirytowana, patrzy w osłupieniu na sytuację.

– Boguś, widzę, że w przeciwieństwie do mnie czujesz się jak stary grzyb?

– Marudzisz Zosiu. Trzeba docenić dobre wychowanie.

<<Jedni doceniają, inni nie…>>

– Mhm, widzę co doceniasz. Wypacykowane lolity. Widzę, z jakim trudem powstrzymujesz ślinotok na widok tych wszystkich młódek, do których zawsze znajdziesz okazję, żeby się przykleić. Wstydziłbyś się stary grzdylu.

– Robisz z igły widły. Serce rośnie, kiedy widzi się jak wyrasta nam nasza młodzież.

– Uważaj, żeby ci nie stanęło…

– Co?

– Pstro! Serce. Czy ty zawsze musisz przynosić mi wstyd w miejscach publicznych? Nie możesz zachować się jak normalny człowiek? Pewnych rzeczy w pewnym wieku już nie przystoi…

– Ale o co ci chodzi złotko? Z racji wieku mam usiąść, załamać ręce i czekać aż zejdę. Mężczyzna, ku uciesze młodzieży stojącej obok, mówi bardzo głośno.

– Co w ciebie wstąpiło? Tylko marudzisz i marudzisz. Właśnie to zrzędzenie prędzej mnie do grobu wpędzi niż…

– Chciałbyś… A co? Już się zużyłeś stetryczały pierdziochu?

– Znowu zaczynasz. Ja się nie czuję staro. Jestem doświadczonym, dojrzałym człowiekiem.

I należy mi się szacunek także od ciebie Zosiu. Tyle lat spędzonych razem powinno cię nauczyć, że…

– Że im zad starszy, tym za młodszymi się ogląda. Posuń się! No jak trzymasz tę torbę, wszystko zaraz wysypiesz. Wysiadamy. I żeby mi się nie powtórzyło to, co po ostatniej mszy.

– Co? Co? – niecierpliwie. – Bo przecież z tej starości to mogę nie pamiętać? Oświeć mnie, bo już sam nie wiem, co cię tym razem ugryzło.

– Mam rację, widzisz, zawsze mam rację, bo nie pamiętasz. Do rzeczy. Przymilaj się do zakonnic, a możesz i bez swego otępienia zapomnieć, że się do ciebie przyznam. Nawet nie zaczekam.

– No wielkie mi rzeczy, siostrzyczki takie ładne nieraz. Że też się tak marnują…

– Że też ja się tak marnuję z tobą…

(dzwonek) Proszę przygotować bilety do kontroli…

– Dzień dobry państwu.

Wąsaty, łysiejący mężczyzna o posturze niedźwiedzia zmierza w głąb wagonu. W ślad za nim podąża młody chłopaczek, również kontroler.

 – Bilety do kontroli.

Cała procedura przebiega bezproblemowo. Do momentu, kiedy starszy z kontrolerów podchodzi do ryżawego nastolatka, ok. 17 lat. Chłopak nie reaguje. Po chwili spogląda na wąsacza, zdejmuje słuchawki.

– Słucham?

– Bilet.

– Mam…

– Miesięczny? Legitymacja i bilet.

– Nie, nie miesięczny. Zwykły ulgowy.

– Proszę pokazać. –  niecierpliwie. – Nie mam czasu.

– Proszę… – podaje bilet. – Ale…

– Ale nie skasowałeś go. – Przerywa wąsacz.

– No nie. Skasuję przy wyjściu. Nie płacę za usługę, co do której nie mam pewności, że zostanie wykonana.

– Kawalerze, nie obchodzą mnie twoje zasady. Bilet należy skasować zaraz po wejściu. – Stuka w nalepioną na szybę nalepkę informacyjną.

– Skasuję, nie jestem złodziejem.

– Trochę za późno. Płacisz teraz, czy wypisujemy skierowanie?

– Płacę przy wyjściu…

– Nie kolego, albo teraz pięćdziesiąt, albo z wezwaniem siedemdziesiąt. Wybieraj.

– Przepraszam, tak w ogóle, to od kiedy jesteśmy na „ty” i dlaczego nie wszyscy są sprawdzani? – spogląda na półprzytomnego, mamroczącego menela.

– Nie zagaduj, płacisz?

Z tyłu autobusu dobiega rozpaczliwe wołanie młodszego kanara.

– Zbyszek, Zbyszek chodź no tutaj…

– Nie mogę, mam klienta. Co jest?

– No chodź! Bo mi zeżarł mandat… I teczkę zabrał… I wieje!

– Boże, za jakie grzechy? – cedzi przez zęby. – Zostań tu kolego, mamy jeszcze ze sobą do pogadania. – odchodzi w kierunku spanikowanego kolegi.

(dzwonek) Bulwar Jedności

Ryżawy chłopak spokojnie wysiada z kolejki i w tym samym czasie kasuje bilet, spoglądając na kanarów. Uśmiecha się.

– Szlag! Wychodzimy młody, no już! – ze złością pogania kontroler.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s