MetroPOL, cz. 1

Pewnego dnia stwierdziłem, że ten blog będzie nie tylko skupiskiem przemyśleń, ale też powrotem do niektórych (po)tworów literackich, poczynionych kiedyś-w-jakimś-celu. Tak, żeby nic nie zginęło w przyrodzie. Wszystkiego i tak na bank tutaj nie umieszczę, ale „MetroPOL” uważam za w miarę dobry przerywnik i pomocny wypełniacz, zwłaszcza kiedy czasu brak na nowe wpisy. Zatem zapraszam do lektury części pierwszej.

*  *  *

Apokalipsa dosięgnie każdego, uwalniając od osobistych tragedii. Każda mała apokalipsa jest składową jednej, ostatecznej. Wybawieniem będzie koniec, a jego początkiem jest każdy dzień.

Osoby:

Ludzie z miejskiego tłumu,

<<Narrator>> – mężczyzna w szalu (wszelkie opisy padają z jego ust)

<<Wagon metra – typ dawnej „81”, której lata świetności dawno przeminęły. W środku kilkunastu pasażerów umiejscowionych na podniszczonych siedziskach. Na poręczy blisko wejścia siedzi para nastolatków. Gdzie nie gdzie wolne miejsca. Niektórzy pasażerowie zajmują pozycję stojącą. Słychać szmer rozmów. Szelest przewracanych stron gazet, które czyta kilka osób, miesza się ze stukotem kół pojazdu. Rumor narasta i cichnie, w zależności od prędkości maszyny. Cichnie w momencie zatrzymywania się kolejki, miarowo rzężąc.

Z głośników znajdujących się nad wejściowymi drzwiami dobiega kobiecy głos. Nadzwyczaj spokojnie, wolno i wyraźnie, jakkolwiek nieco sztucznie informuje o kolejnych przystankach.

Kolejka zatrzymuje się. Do środka wchodzi młody mężczyzna. Dwudziesto kilku, może trzydziestoletni. Ubrany w płaszcz, zarzucony szal i dżinsy. Zajmuje wolne, pojedyncze miejsce w tylnej części kabiny. Pochyla się lekko do przodu. Spuszcza głowę. W zamyśleniu podpiera twarz zaciśniętą w pięść dłonią. – Tym człowiekiem jestem ja…>>

(dzwonek) Następny przystanek: Plac pamięci…

Do wagonu wchodzi kobieta po pięćdziesiątce. Skromnie, ale schludnie ubrana. W ręku kwiaty. Dostrzega ją jedna z pasażerek. Macha ręką, przywołuje. Kobieta podchodzi do niej.

– Aaa, Pani Nowakowa, co za spotkanie! Proszę, proszę usiądź, nie stój kochana. Ostatnimi czasy tak często przywołuję cię w mojej pamięci i proszę, spotykamy się jakże nieoczekiwanie… Co u ciebie skarbie? Opowiadaj. Ostatni raz widzieliśmy się na pogrzebie Staszka. Ile to już lat? Dwa? Trzy?

– Dwa lata, trzy miesiące i dzień…

– I dzień… Tak, niesłychane jak ten czas szybko płynie. Pamiętam jakby to było wczoraj, naszą wspólną wyprawę do Ziemi Świętej. Do dziś mam piasek i uświęconą wodę z cudownego źródełka. To były czasy… Że też Stanisława nie ma już między nami. Taki dobry człowiek. Zawsze pogodny, uśmiechnięty. A jaki szarmancki dla innych!

– Dla innych… – szeptem, otępiale patrząc w okno.

– Pamiętam jak przychodził do mnie z kwiatami. Anioł, nie mężczyzna. Ekhm, przepraszam… – kładąc rękę na ramieniu. – Nie chciałam… Nie zrozum mnie źle Basieńko. – Niepewnym głosem – Basieńko, mogę do ciebie tak mówić? Przecież my ze Staszkiem to kiedyś niemal jak…

Milczenie.

– Basiu?

– Tak, proszę… – wyrwana z odrętwienia.

– Więc… Nie chciałabym, żebyś mnie źle odebrała Basiu. Stare czasy. I cóż nam pozostało? Jak to mówią młodzi: „Co było i nie jest, nie pisze się w rejestr”. – wzdycha. – A jednak, pamięć wiecznie żywa. Wspomnień nikt nie odbierze.

– Mhm…

– Tylko choroba nie wybiera i zabiera wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewamy… Nikt nie oczekiwał, nikt źle nie życzył…

Barbara podnosi wzrok, wpatruje się w znajomą.

– Głupstwa, co mówią, że Staszek miał ją na własne życzenie. Rak jeszcze o niczym nie świadczy. Przecież to nie tak? – kobieta badawczo spogląda na koleżankę – Mój Zygmunt też miał swoje słabostki, ale walczył. – z wyższością – I ja mu w tym pomogłam. Wystarczy chcieć… I potrafić.

Barbara odwraca wzrok.

– O, o, Basiu, twój przystanek. Uważaj na kwiaty, piękna wiązanka. Spodobałaby się Stasiowi. Musimy się kiedyś umówić, powspominać przy herbacie. Nie możesz ciągle uciekać od ludzi kochana. Odejście Staszka bardzo cię zmieniło. Do zobaczenia Basiu, do miłego zobaczenia!

Żegna się uśmiechając, jednak kobieta bez słowa wysiada.

(dzwonek) Cmentarz odrodzenia…

Drzwi się zamykają

– Dziwaczka. I męża zniszczyła… – zwraca się do kobiety siedzącej po drugiej stronie.

Mężczyzna w szalu ożywia się, do siebie: <<A jeśli cudowny, kochany Stanisław był złem żywota tej biednej kobiety? Pijak i babiarz, lekkoduch. Zasłużył na to, co go spotkało. A jak! (zajadle). Pewnie dopiero za czterema ścianami jawił swą prawdziwą twarz. Nie wiem… Podobnych historii słyszałem już mnóstwo. Jakim kosztem zastraszona i zdominowana przez męża kobieta, może postawić na swoim? Aa? Zastanawialiście się, wy, dla których to takie proste? Jak się uwolnić, kiedy kluczem do wolności jest niemożliwe rozstanie. Czy odkupi winy ten, który całe życie odbierał tlen najbliższym? Odkupi słowem najpiękniejszym o tych, którzy są już nieobecni? Wieczne potępienie racz im dać panie, a światłość wiekuista niechaj zgaśnie. Amen.>>

(dzwonek) Szpital św. Judy Tadeusza

Zasłyszane, gdzieś z głębi pojazdu.

– A mój mąż ma mieć operację na żołądek. Bardzo zmizerniał ostatnio i nic nie je…

– Taaak? Mój miał wszczepiane bajpasy. I żylaki mu się takie straszne porobiły. Pani nie pyta gdzie…

– Gdzie? Aaaa… Uuuu… A jakie ja mam! Ledwo chodzę, ja myślałam kiedyś jak wracałam z targu przez cmentarz, że już dane mi będzie tam zostać. Tak mi ciężko…

– Eee, to mnie pogotowie zabrało miesiąc temu, bo tak się potwornie dusiłam. I cukier mi podskoczył, momentalnie!

– Co pani powie… Ja to muszę w nocy wstawać po kilka razy, takie skurcze mnie łapią jakieś. No i wie pani, moczyć mi się zdarza…

– A, tak, tak… Ja teraz na badania jadę, z próbką. O, niech pani spojrzy. Coś jest nie tak, bo to nie jest słomkowy kolor…

<<Siedzę i patrzę na tych ludzi. Patrzę na ich odbicia w szybie, żeby nie okazać się zbyt bezczelnym. Właściwie, dlaczego widzę tylko starców? Zawał, głuchota, prostata, demencja. Historie przypadłością pisane. Pałka zapałka kije trzy – dzisiaj do piachu pójdziesz ty! Jak stwierdziła pani święta, mając niestety rację, choroba nie wybiera. To miasto kona. Ale do cholery czy oni wszyscy poumierali? Tryskający energią, pogodni seniorzy – gdzie się podziali? Wszyscy, prawie wszyscy ludzie w podeszłym wieku mają ten sam wyraz twarzy – nieporadnego, wzbudzającego litość staruszka. Starcze twarze wyglądające jednakowo. Wręcz wyzwalają w nas uczucie litości. A przecież ludzie nie są tacy sami. Czyżby czas, zataczając koło, nie obchodził się z człowiekiem łaskawie? Mimo nieporadności i zniedołężnienia. Rozczulamy się nad małymi dziećmi. Jakie słodkie, jakie niewinne… (pauza) Nie mają prawa być inne. Nie miały jeszcze dość czasu. Ci, którym lada dzień dane będzie spocząć na łonie Abrahama są tak samo nieporadni, ale już wystarczająco zgorzkniali i winni. Czemu więc ustępować? Czy znamy ich historię? Czy musimy być na każdym kroku zawzięcie miłosierni? Musimy, bo tak mówią najwyżsi. Gówno prawda. Stalin, Hussein, Pol Pot… Lista jest nieskończenie długa. A kto zna, co siedzi w głowach tych, którzy są tuż obok? Starcy, których oblicza kryją zbrodnie, zło, tragedię innych ludzi. Ciemną stronę ludzkiej natury. Los bywa okrutny. Los kpi niemiłosiernie. Z pana życia i śmierci stać się nagle ofiarą bytu. Ja nigdy się nie zestarzeję…>> (szyderczy śmiech)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s