Będę grał w gry! Dla dzieci, bo takie ogarniam :)

W czasie deszczu dzieci się nudzą, a w zimowe wieczory grają w gry. Planszówki i towarzyskie oczywiście. Rozwijąją, pobudzają, zmuszają do cwaniactwa kreatywności i logicznego myślenia. Bo gry komputerowe, konsolowe i smartfonowe to przecież samo zło i dzieło szatana, o! Sięgam pamięcią wstecz i z rozrzewnieniem wspominam, jak wiele radości dawało mi zagłębianie się w klimat nowych, nawet najprostszych gier, rozkładanie pionków i plansz, wczytywanie się w instrukcje, tworzenie nowych zasad itd. Zabawie nie było końca.

Dziś sam jestem dziadkiem ojcem. Zmieniły się czasy, wygląd gier i zabawek różni się od tych produkowanych przez Spółdzielnie Inwalidów. Nie zmienia się jednak frajda z zabawy. Tyle, że ze wspólnego giercowania z dzieckiem… To jak bycie maluchem na nowo, który z biegiem czasu osiąga coraz wyższe levele i stopnie wtajemniczenia. Mój 3-latek, któremu na dniach stuknie czwórka „z przodu” jest wielkim fanem gier planszowych. Chociaż stwierdzenie „planszówki” może być znacznym nadużyciem w tym przypadku. Postanowiłem zatem przybliżyć kilka pozycji, w które namiętnie zagrywał się bądź eksploatuje do tej pory.

Grzybobranie, (dokładniej Grzybobranie w zielonym gaju) czyli popularna gra w grzybki. Zadaniem graczy jest jak najszybsze dotarcie z leśnego punktu A do punktu B przy jednoczesnym wyrwaniu z grzybni jak największej ilości dorodnych okazów. W międzyczasie natykamy się na różne niespodzianki: zwierzątka, terenowe przeszkody, niesprzyjającą aurę, czyli wszystko co pcha rozgrywkę do przodu lub skutecznie ją hamuje. Do dyspozycji konkurentów są cztery kolorowe wiaderka, w których umieszczamy grzybki, te jadalne wielokrotnie i te z czerwonym kapeluszem, jadalne tylko raz. Na uwagę zasługuje też przestrzenna, efektownie wykonana plansza, która ułatwia wczucie się w leśną przygodę. Kto wygrywa? Zwycięzców można ustalić według uznania. Ten, kto pierwszy dotrze na leśną metę lub grzybiarz, w koszyku którego znajdą się najbardziej wartościowe egzemplarze. Każdy z nich ma swoją wartość: brązowy kapelusz + 2 punkty., żółta głowa + 1 punkt., a czerwony, nakrapiany zabiera z puli aż 2 punkty!

Pizza XXL – już na wstępie ostrzeżenie: nie zabierajcie się za partyjkę na głodnego! Zbyt mocne wczucie się w grę może spowodować, że Wasze ślinianki zrobią psikusa i najprościej mówiąc zaplujecie kolorowe kartoniki. A tych jest kilkadziesiąt. Są to gotowe pizze oraz składniki. Zadaniem graczy jest wybranie włoskiego dania i jak najszybsze zebranie (w drodze losowania) składników niezbędnych do jego wypieku. Uwaga! Wśród pomidorów, sera, salami i innych smakołyków czają się nieznośne muchy. Wylosowanie owada pozbawia gracza kolejki. A w ogóle wiecie jak słodko woła do mnie mój potomek, kiedy wylosuję muszysko? „Śmierdzisz tato, ale cuchniesz!” – frajda nie wymagająca komentarza. Wprowadziłem też drugi wariant gry, który rozwija spostrzegawczość. Wszystkie pizze leżą odwrócone składnikami na wierzch, a ja udaję marudnego klienta mówiąc: „Chciałbym pizzę… na której będzie ser, cebula… nie cebula nie, lepiej oliwki, może… salami i pieczarki!”. Kto pierwszy sięgnie po określony wypiek – wygrywa. Można bawić się tak do ostatniej pizzy.

Kicky Ricky! Klasyk oparty na banalnych zasadach. Jest wkurzony kogut na szczycie słomianej wieży. Irytacja powodowana jest zapewne perspektywą gorącej, niedzielnej kąpieli w stroju tzw. „do rosołu”. I są kury uzbrojone w kolorowe czapki, kapelusze i kaski. Kurki tworzą w sumie cztery gangi, a więc możemy łatwo wywnioskować, że gra przeznaczona jest dla maksymalnie tejże liczby zawodników. Męski posiadacz imponującego, czerwonego… grzebyka dysponuje jeszcze jajkiem. Tak, jednym. W jakim celu? Otóż kury robią podchody, aby zdobyć szczyt na kogucie. Przepraszam, że co Wam się kojarzy? Świntuszki… :) Konkretniej – dosiąść grzbiet kogucika. W tym celu operujący swoim stadkiem kur gracz rzuca kostkami. Wyrzucony symbol nakrycia głowy pozwala odpowiedniej kurze wspiąć się o poziom wyżej i zająć strategicznie najlepsze miejsce. Najlepiej ukryć się za przeciwnikiem, beczką, kanką lub innymi sprzętami wiejskiego gospodarstwa domowego porozstawianymi tu i ówdzie. Po co? Ponieważ inny gracz może wyrzucić symbol czerwonej ze złości facjaty sKURczybykA i tym samym zdobyć możliwość strącenia jajka wprost ze skrzydeł wspomnianego przedstawiciela drobiu płci brzydkiej. Oczywiście należy zachować ostrożność i próbować wyeliminować dobrym shotem kury przeciwników, unikając strącenia swoich przedstawicieli. Ot gra losowo-zręcznościowa, przy której można świetnie się bawić.

Hej, to moja ryba! Po raz kolejny bohaterami gry są ptaki nieloty. Tym razem sympatyczne, acz zadziorne pingwiny. Celem gracza jest nakarmić swoją kolorową gromadkę rybami. W tym celu rozstawiamy gości we „frakach” na uprzednio przygotowanej krze lodowej. Kra składa się z elementów, na których widnieją odpowiednio jedna, dwie lub trzy tłuste ryby. Zawsze startujemy od pól z jednym „śledzikiem na raz!” ;) Po zajęciu wybranych mini-lodowców możemy naprzemian poruszać się wybranymi pingwinkami. Tylko w linii prostej i maksymalnie przed przeszkodę, którą może stanowić przeciwnik lub przerębel. A skąd się biorą dziury w lodzie? Otóż pingwin, który przeskakuje w nowe miejsce, zabiera ze sobą krę, z której poczynił ruch – w charakterze zdobyczy. Z każdym ruchem lodu ubywa więc trzeba się nieźle nakombinować, żeby zdobyć jak największe trofeum i jak najdłużej utrzymać się na lodzie. Pingwinki z powodzeniem mogą pretendować do miana szachów dla dzieci. Aha, uzbrojcie się w cierpliwość, bo ułożenie całej lodowej kry może zająć kilka minut ze względu na charakterystyczne dopasowanie poszczególnych elementów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na koniec wspomnę jeszcze o grze w Memory. Zasoby syna mojego, Igorodnego (pierwotnie nazywanego także Lwem, obecnie po prostu Miśkiem) obejmują jej kilka rodzajów. Jednak Młody najbardziej upodobał sobie te z Reksiem. W zasadzie oprócz Reksa praktycznie wszystko może stać się przedmiotem/bohaterem gry w memory, którą z powodzeniem można wykonać samemu angażując w to dziecko. Własnoręcznie wykonane kartoniki z pewnością dostarczą mnóstwo frajdy. Natomiast uwielbiane puzzle, karty, domino itp. to już materiał na inną historię.

A czy Wy i Wasze dzieciaki mieliście doświadczenia ze wspomnianymi tytułami? Zainspirujcie mnie i podpowiedzcie, czym jeszcze mógłbym zająć małego, coraz bardziej wymagającego gracza ;)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s